Zajebista księga Kamy


2010
luty
2009
listopad
sierpień
maj
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
październik
maj
kwiecień
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
marzec
styczeń
2006
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień



Kama tworzy. Zajebiście.

W poszukiwaniu natchnienia...
...trafiłam wczoraj rano do Trzebnicy. Natchnienia nie znalazłam, poznałam za to (i pokochałam) pana Sz. Zaśpiewał mi "lights will guide you home and ignite your bones and I will try to fix you". W sumie to zawsze ja to śpiewałam. Wczoraj ktoś zaśpiewał to mi. Jestem wzruszona. Natchnienia natomiast nie znalazłam. Pojechałam dalej więc. Nie znalazłam go też we Wrocławiu, gdzie po prostu jak zawsze chciałam poradzić komuś coś mądrego i jak zwykle zaplątałam się w dygresjach do dygresji. I nic mądrego z tego nie wyszło. Dzisiaj coś mnie brutalnie obudziło o 11 i bynajmniej nie przyniosło mi natchenienia. Może nie można mieć wszystkiego. Może skoro jestem przechujem w naśladowaniu prawdziwnych artystów i Patefon uświadomił mi, że gra na gitarze to w istocie nic trudnego i tak naprawdę gram że ho ho, to wystaczy. Ale kurwa, no. W wieku 12 lat pisałam 6-zwrotkowe ballady, a w wieku 15 napisałam hicior, który śpiewało pół osiedla. Moje natchnienia ucieka do wewnątrz i kryje się w żołądku. Gdyby mój żołądek potrafił mówić, pisałby evergreeny. Tylko jakie? Coś z punk rocka? Death metal? Psychodela? Pilnie potrzebuję natchnenia. Muszę napisać jakiś wyjebany epicki kawałek. Choćby elektro.
A z racji tego, że niestety życie jest brutalne, sama nagrywam sobie piosenki, które chciałabym od kogoś usłyszeć. Od pana Sz. na przykład :)

by Kama, 2010-02-10

skomentuj (3)

Z rozważań dnia następnego.
Dobry dzień to jest na pisanie. Bo nie mam wkurwa, że nic nie robię, nie jestem zmęczona odpoczywaniem, sfrustrowana faktem, że ciągle tracę czas, że nic mi nie przychodzi do głowy w związku ze zbliżającym się końcem studiów. Dobry dzień to jest.  Bo jestem niewyspana, wszystko mnie boli, nie dręczy mnie natłok myśli, a jutrzejszy dzień mam zaplanowany i nie muszę się wkurwiać, że znowu 12 godzin będę grała w Oblivion. Nie muszę się przejmować swoją mizantropią, bo czasem nawet udaje mi się wyjść z kimś gdzieś i nie jest to okupione wcześniejszym kilkudniowym stresem. Dzisiaj mam zajebistego kaca.
Jestem niezrównoważona. Bo jeżeli człowiek z dnia na dzień całkowicie zmienia podejście do życia, to nie może być normalny. Nikt mi nie wmówi, że wystarczy sobie powtarzać: Kama, zajebiście jest. I będzie. A tu pojawił się odwieczny pojebany syndrom końca roku, tak jakby ten 1. stycznia był jakimś innym dniem. Codziennie chodzę spać i budzę się następnego dnia. Ale 1. stycznia rządzi się chyba jakimiś innymi prawami. No więc nadszedł ten mistyczny dzień. I daleka byłabym od postanawiania czegokolwiek, bo cierpię na prokrastynację. A ze mną cierpi całe moje otoczenie. Ale zamiast postanawiać, po prostu zrobiłam. Wymazałam wszystko, co spotkało mnie do 1. stycznia 2010. Dziwne, ale się udało. Spojrzałam na ludzi bez wcześniejszych pryzmatów. Na swoje życie, możliwości itd. No i dzieje się coś takiego, o co bym siebie nie podejrzewała. Mianowicie zaczynam funkcjonować jak większość ludzi. Nie znaczy to, że od razu stanę się normalna i będę miała plany na przyszłość itd. Ale jak mi ostatnio ktoś powiedział: "Nie mogę wyjść z podziwu, że ty przy tym wszystkim, co cię otacza, jesteś tak zdrowa". A jakże. Dlatego z tych wszystkich rzeczy, które mi się roją w głowie zawsze, gdy nie mam kaca, akceptuję dzisiaj jedną: nie ma sensu dążyć do śpiewania z U2, bo oni w tym składzie już tyle lat, że będę musiała solidnie się postarać, a Bono już jest stary i coraz mniej fajny. Gra niewarta świeczki. Więc zostaje mi tylko kupno osiołka i wyruszenie na nim w świat. I oczywiście jego podbój. Bo nie wyobrażam sobie, żeby cały świat o mnie nie usłyszał.

by Kama, 2010-02-08

skomentuj (2)

Z rozważań nad szklanką wody, która tęskni za oceanem.
Miałam wczoraj najpiękniejszy sen w życiu. Śpiewałam na koncerscie z U2, a potem poszłam z nimi na imprezę. I nie wiem, czemu ciągle sie pzypierdalałam do Claytona. Poza tym piłam z Edgem wódkę i rozmawiałam z Bono o życiu. Obudziłam się i byłam zdezorientowana. Gdzie podziali się moi nowi koledzy? Nigdy nie miałam snu, który wydawał się taki realny. No bo co to za problem, wystąpić z U2. Każdy może. W zasadzie to mi nic nie stoi na przeszkodzie. Mało tego, nawet śpiewać podobno potrafię. Więc mam łatwiej. W zasadzie dziwne, że jeszcze tego nie zrobiłam. Czy tylko ja się temu dziwię? Niemożliwe. Co zrobić, kiedy orientujesz się, że nie zrealizujesz tego, o czym marzysz? Kiedy pewnego dnia okazuje się, że musisz zrezygnować z kilku spraw. Chyba muszę zrezygnować z samej siebie. Bezsenność jest błogosławieństwem dla homo ludens. Zgadzam się. Ale na pewno nie dla homo sapiens. Zgubiłam gdzieś swoja spójność czy może po raz pierwszy zorientowałam się, że nic takiego nie posiadam. A może po prostu przeraża mnie własna niedojrzałość. Jestem dzikością zamkniętą w klatce. Czekam, aż znajdzie się ktoś, kto mnie z niej wypuści i zaakceptuje świat, który dla siebie wtedy wybiorę. Release me...

by Kama, 2009-11-14

skomentuj (0)

Z rozważań nad grzanym piwem.
Nienawidzę Wrocławia. I na przykład dlatego olałam dzisiaj hiszpański. Tłumacząc sobie, że ani pojechanie do Factory, ani szkolenie w Krakowie to nie są przykłady olania. Należy mi się olanie raz na jakiś czas. Jak psu miska.
Taka byłam z siebie zadowolona, jak wróciłam z Krakowa, którego nie lubię prawie tak jak Wrocławia. Bo a nuż, a za chwilę będę miała jakąś wizję siebie na przyszłość. Pracę znajdę jakąś czy coś. Tu doradztwo personalne, błyskam intelektem na szkoleniu (przykro mi, panie doktorze, jednak jestem zajebista), tu za chwilę doradztwo zawodowe i po prostu spełniam się na każdym polu. Tu napierdalam wnioski o fundusze unijne i ogólnie po prostu w kurwę.
I nagle przychodzi poniedziałek. Budzę się o kurwesko nieludzkiej porze, a mimo to jestem spóźniona. A potem siedzę w biurze zajebana papierami, dodatkami z gazety wyborczej, pijąc najgorszą kawę w życiu. I myślę o tym, jak mi się kurwa nic nie układa.
Czemu jestem taka fajna? Czemu nie mogę mieć świadomości, że jestem złym człowiekiem i trudno, "kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana"? Bardzo niepotrzebnie zdałam sobie ostatnio sprawę, że wcale nie jestem głupsza niż połowa ludzi na świecie. Niech mi jeszcze ktoś powie, że nie wiem, czego chcę. Ja wiem doskonale. Chciałabym, żeby nikt mi już nie powiedział za późno, że miałam rację. Mam wrażenie, że jestem jakąś dziwną centralą, do której każdy prędzej czy później wyśle swoje żale. Chciałabym podejmować decyzje, co do których jestem pewna i które nie będą mnie boleć. Albo jedno, albo drugie. Czemu kurwa zawsze albo jedno, albo drugie.
Nienawidzę Wrocławia. Nienawidzę wyzwolonych kobiet, perspektyw, rozmów o problemach nauki i zajebiście egoistycznych ludzi. Dlatego pierdolę dzisiaj hiszpański i piję sobie grzane piwo. We Wrocławiu nawet nikt nie zauważa, że kot mnie ugryzł w oko.
by Kama, 2009-11-09

skomentuj (0)

Z rozważań nad Jeffem Buckleyem.
Wszystko to jest takie mądre i proste. Każdą złą cechę człowieka można teoretycznie wytłumaczyć jakimś syndromem. Współuzależnieniem na przykład. Okazuje się w takim razie, że 80% ludzi jest współuzależnionych. Ładnie brzmi, że pewne paranoje, które nas dosięgają są całkowicie wyleczalne. Wstąp tylko do naszego zajeistego zgromadzenia i zapłać za członkostwo. Przeczytaj o sobie 350 stron najgorszych rzeczy, ale wiedz, że w każdej chwili to może się skończyć. Daj nam sobie pomóc. Nie dam, pomóżcie sobie najpierw.
Że krytykuję? To może coś ode mnie. Miłość i poczucie jedności są w stanie uwolnić cię od wszystkich ran, które nosisz w sobie od dawna. Banalne, tak. Ale uwalniają nawet mnie i pozwalają zostawić gdzieś moje mimo wszystko nieuświadomione kule, które ciągnę za sobą od kilku lat. Uczę się patrzeć na to wszystko jak na drogę. Po prawej i lewej stronie masz zarośla, kamienie, nierówności i tłuczone szkło. Srodek jest jasny, szeroki i jadąc nim widzisz dalszą część. Zawsze chciałam ogarnąć wszystko. Jechać całą szerokością, żeby nic nie wyprzedziło mnie moją prawą albo lewą stroną. Teraz chcę jechać środkiem i zostawić to, co po jednej i po drugiej. A co i tak szybko staje się nieistotne, bo zostawiam to w tyle.
Czasami patrzę na siebie i nie mogę się nadziwić, jaka jestem niezniszczalna. I jaką frajdę sprawia mi stawianie sobie coraz nowszych, odważniejszych celów. I jak pewna jestem tego, że wszystko mi się uda, bo pracuję na to mądrze i świadomie.
Gdybyśmy nagle wszyscy zresetowali całe nasze życie, czy było by lepiej? Bezpieczniej? "Zaufanie to taka czarna świnia". Ale przecież to normalne. Był kiedyś czas, w którym zamroziłam wszystkie swoje uczucia i normalne odruchy. Przeraża mnie dziś to, że aż tak mało miłości miałam wokół siebie. I nie żałuję, że teraz mnie to w końcu dogoniło i każe przeżyć wszystko mocniej i na 500%. Cudownie jest nauczyć się naprawdę kochać w wieku dwudziestu paru lat. Niektórym nie wystarcza na to całe życie.
Jestem feniksem. I nie boję się już niczego.
by Kama, 2009-08-13

skomentuj (0)

Jaaaaa
Kama śpiewa

BLOGI
Marcin
SZEF
Sioster
Jacek
Karola